Grzegorz Piątek
Grzegorz Piątek

Przed premierą musicalu „Starzyński” w reż. Konrada Imieli rozmawiamy z Grzegorzem Piątkiem, autorem biografii legendarnego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Jego książka „Starzyński. Prezydent z pomnika” stanowi inspirację dla musicalu w Teatrze Syrena.

Premiera spektaklu odbędzie się już 28 lutego 2026 r. W roli głównej wystąpi Przemysław Glapiński. W sprzedaży są dostępne bilety na spektakle w marcu, kwietniu oraz czerwcu.

Michał Wybieralski (Teatr Syrena): Akcja musicalu „Starzyński” toczy się wieczorem i nocą 26 października i o poranku 27 października 1939 r. – w ostatnich godzinach, które prezydent Stefan Starzyński spędził w warszawskim ratuszu przed aresztowaniem przez Niemców. Co się działo później?

Grzegorz Piątek (autor biografii „Starzyński. Prezydent z pomnika”): – Starzyński został uprowadzony przez Niemców. Żołnierze powiedzieli mu, że nie musi brać płaszcza, co sugerowało krótkie spotkanie i szybki powrót do ratusza. Już tam nie wrócił. Wiemy, że w kolejnych tygodniach przewinął się przez areszt w siedzibie Gestapo przy Szucha, przez nieistniejący już areszt przy Daniłowiczowskiej na tyłach ratusza i przez Pawiak. Był przesłuchiwany; poprosił, by dostarczono mu słownik, by mógł wypełnić kwestionariusze. To prawdopodobne, że Niemcy nakłaniali go do współpracy, że chciano zrobić z niego lubianą twarz okupacji. Jak pokazuje historia, nawet jeśli dostał taką propozycję, to odmówił. Ślad urywa się przed świętami 1939 r., kiedy rodzina przysyła paczkę do więzienia, która zostaje zwrócona. Wtedy rozpoczyna się tajemnica śmierci Stefana Starzyńskiego, która do dziś pozostaje niewyjaśniona. Przez lata przyjmowano, że zginął w jednym z obozów koncentracyjnych, że został wywieziony w głąb Niemiec, mówiono o Dachau. IPN otworzył ponownie śledztwo w tej sprawie i przyjął inną wersję – że został stracony w Warszawie przed końcem 1939 r. Historycy, przede wszystkim Tomasz Szarota, kwestionują tę hipotezę, bo jest oparta o jedno świadectwo i to nie naoczne, a szczątków Starzyńskiego nie znaleziono. Możliwe, że przy okazji porządkowania domowych lub oficjalnych archiwów jeszcze odnajdzie się jakiś dokument, który rozwieje tę tajemnicę.

Po aresztowaniu Starzyński mógł uciec Niemcom przy pomocy polskiego podziemia?

– Mógł uciec kilkukrotnie. Jeszcze przed aresztowaniem oferowano mu ucieczkę za granicę, mógł też zmienić wygląd, papiery i ukryć się w mieście. Podziemie zorganizowało mu ucieczkę z aresztu: przygotowało ubrania, upiło strażników i otworzyło celę. Starzyński odmówił, uważał, że Niemcy w akcie zemsty zastosują represje wobec Warszawiaków. Jego przewidywania były zapewne słuszne. Niemiecki terror już narastał, pryskały nadzieje, że będzie to lekka okupacja. Starsi Warszawiacy pamiętali jeszcze niemiecką okupację podczas I wojny światowej, kiedy była prowadzona rabunkowa gospodarka, ale była to raczej pokojowa okupacja, a po rządach Rosjan przyniosła wręcz liberalizację i odrodzenie życia obywatelskiego. Natomiast w 1939 r. już po dwóch-trzech tygodniach było jasne, że będzie okrutnie i krwawo. Starzyński wiedział, że Niemcy szukają na niego haków, dowodów malwersacji w ratuszu, że spróbują zrzucić na niego winę za zniszczenie Warszawy, bo długo przekonywał dowódców obrony, by nie kapitulowali. Ze świadectw wynika, że walczyły w nim dwa wilki – czasem się oszukiwał, że z Niemcami da się ułożyć, że trzeba z nimi rozmawiać z pozytywistycznych pobudek, by nie doprowadzić do całkowitego przejęcia instytucji. Zresztą, od początku okupacji ratusz stał się instytucją dobroczynną – zapewniał Polakom pracę i dokumenty, również te fałszywe dla osób schodzących do podziemia, które były wydawane na blankietach zabezpieczonych jeszcze przed kapitulacją. Z drugiej strony Starzyński widział, że ma przed sobą przeciwnika okrutnego i nieprzewidywalnego.

Czy Starzyński był człowiekiem ukształtowanym przez wojsko? W pierwszym wywiadzie po tym, jak został prezydentem Warszawy powiedział, że „jest przede wszystkim żołnierzem”.

– Wielu przeciwników zarzucało mu żołnierskość w obejściu. Był ukształtowany przez wojsko, doświadczenie zdobywał w antyrosyjskiej konspiracji przed I wojną, w Legionach, do których się zaciągnął i w wywiadzie. Tam kształtował się jego charakter i szacunek dla hierarchii. Kariera wojskowa zakłóciła jego edukację. Wytykano mu koszarowe maniery. W ratuszu zaczął od brutalnych czystek wśród urzędników, których rugał niczym szeregowców. W cywilu nadal wielokrotnie podkreślał, że jest żołnierzem, a kolejne urzędy – stanowiska wiceministra skarbu, komisarza pożyczki narodowej i komisarycznego prezydenta Warszawy – traktował jak misje, kolejne fronty, na które rzucili go dowódcy. Potrafił się wobec dowódców buntować, ale w podległych sobie instytucjach wprowadzał wojskową hierarchię. Równolegle budował nieformalną siatkę powiązań, zapewne w wyniku doświadczeń z wywiadu. Niewątpliwie doświadczenie wojskowe pomogło mu się odnaleźć we wrześniu 1939 r. i wypełnić rozkaz pozostania w Warszawie. Poczuł się wtedy jakby półwojskowo, co dobrze obrazuje jego strój: jako komisarz cywilny przy Dowództwie Obrony Warszawy nosił wojskowy płaszcz i mundur, które dopełniała urzędnicza teczka.

Jego polityczna kariera wynikała z tego, że był piłsudczykiem. Czyli właściwie kim?

– Od Legionów, a więc I wojny, był związany z Józefem Piłsudskim i jego środowiskiem. Długo żył w cieniu starszych braci Mieczysława i Romana, którzy szybciej robili kariery wojskowe i cywilne, Roman został nawet dyrektorem Polskiego Radia. Stefan dopiero jako prezydent Warszawy wyszedł z ich cienia. Niewątpliwie całą karierę zawdzięczał temu, że w odpowiednim momencie znalazł się w środowisku Piłsudskiego. Ale oczywiście nie mógł kalkulować, że zaciągnięcie się do Legionów pomoże mu w karierze; nie mógł przewidywać, że kiedyś nastąpi przewrót majowy i piłsudczycy wezmą pełnię władzy.

Jakie mieli poglądy?

– Wymykające się dzisiejszemu podziałowi na lewicę, centrum i prawicę. Obóz piłsudczykowski to była przede wszystkim grupa kolegów z koszar, których jednoczył kult Marszałka. Mieli różne poglądy, byli tam nacjonaliści, socjaliści, wolnorynkowcy czy etatyści jak Starzyński, czyli zwolennicy silnego wpływu państwa na gospodarkę. Katolikiem był nominalnie. Był ochrzczony, ale przez wiele lat był antyklerykałem, dopiero jako prezydent Warszawy przestał otwarcie wojować z Kościołem. Podkreślał, że w polityce przede wszystkim interesuje go efekt. Miał technokratyczny rys, był zorientowany na rozwiązywanie konkretnych problemów, na skuteczność. Uważał – podobnie jak wielu piłsudczyków – że ideologie i programy to strata czasu, że trzeba po wojskowemu zabierać się za sprawy jak za wygrywanie kolejnych bitew, a nie dywagować.

Opowiedz o okolicznościach, w jakich objął władzę w Warszawie. Starzyński nie wygrał w stolicy żadnych wiążących wyborów, a rządził nią od 1934 r. do wybuchu II wojny.

– Prezydentem został latem 1934 r. w nieoczekiwanych okolicznościach. Nie spodziewał się tego, nie zabiegał, był politykiem odstawionym na boczny tor, przebywał na urlopie. Piłsudczycy mieli do załatwienia sprawę sukcesji władzy w Warszawie: rada miejska została rozwiązana, prezydent odszedł, było bezkrólewie. Warszawa nie lubiła piłsudczyków, więc nie mogli tu wygrać wyborów, dlatego wprowadzili prezydenta komisarycznego. Ten szybko awansował do rządu, a na kolejnego wyznaczono Starzyńskiego. Jego misja miała być tymczasowa – na parę tygodni, miesięcy, do czasu rozpisania wyborów. Starzyński chciał się wykazać, a nadzieje piłsudczyków na wygranie wyborów nie rosły, więc tymczasową kadencję wciąż przedłużano. Trwała ponad 4 lata, dopiero wtedy rozpisano wybory samorządowe, które były w pewnym sensie plebiscytem popularności Starzyńskiego. Wygrał je połowicznie: piłsudczykom udało się powiększyć stan posiadania politycznego, pewnie w dużej mierze dzięki sukcesom Starzyńskiego, ale liczyli na samodzielną większość, a wygrali tylko 40 ze 100 mandatów w radzie miejskiej. To rada wybierała prezydenta, tam najwięcej głosów dostał kandydat Polskiej Partii Socjalistycznej, ale też nie mógł zebrać samodzielnej większości, więc rząd znów mianował Starzyńskiego komisarzem Warszawy.

Był antysemitą? Swoją listę wyborczą reklamował jako „pozbawioną Żydów”, a sprzyjające mu media grał antyżydowską kartą.

– W kampanii wyborczej 1938 r. prezentował się przede wszystkim jako fachowiec, który idealnie zarządzi Warszawą przez kolejnych 10 lat, bo tyle miała trwać kadencja prezydenta, natomiast grał wówczas także na nastrojach antysemickich. Trzeba jednak pamiętać, że należało to do mainstreamu ówczesnej gry politycznej. Właściwie wszyscy na prawo od lewicy grali kartą antysemicką, piłsudczycy również, a endecja zawsze była antysemicka. Starzyński mówił więc o potrzebie zachowania polskiego oblicza miasta, o rywalizacji ekonomicznej między polskim i żydowskim biznesem i wpisywał się tym w antysemicką retorykę. W ratuszu właściwie nie pracowali Żydzi, a na pewno nie na wysokich stanowiskach, co również było regułą w instytucjach międzywojennej Polski. Żydom było bardzo trudno zrobić karierę czy to w instytucjach rządowych, czy w wojsku, czy w państwowych bankach. To były instytucje dla Polaków. Starzyński miał żydowskich krewnych, ale nie wpłynęło to na jego retorykę, i tak głosił antysemickie poglądy.

Jakim miastem była Warszawa, kiedy obejmował władzę?

– Była miastem w ruinie i zbankrutowanym. Od czasów Wielkiego Kryzysu miała problemy z dopięciem budżetu, rosło zadłużenie, a pożyczki zaciągnięte w czasach prosperity stawały się coraz większym obciążeniem, co zresztą doprowadziło do rozwiązania rady miejskiej i wprowadzenia przez rząd władzy komisarycznej. Stały inwestycje, rozgrzebana była budowa Muzeum Narodowego przy al. Jerozolimskich czy komendy straży pożarnej przy pl. Unii Lubelskiej. Wielkie zaległości były w budowie szkół, a stan chodników i ulic był fatalny. Również budynki publiczne i prywatne były w złym stanie. Gazety z lat 30. co parę dni donosiły, że komuś spadł na głowę gzyms, że gdzieś się urwał balkon. Stolicę bardzo szybko rozbudowano w XIX i na początku XX w., w dobie rewolucji przemysłowej. Powstało wówczas dużo spekulacyjnych kamienic, budowanych tanio i byle jak, które dożywały już swojej śmierci technicznej. Warszawa uchodziła za miasto brzydkie, zaniedbane, nie wyglądała na stolicę ponad 30-milionowego kraju. Brakowało jej reprezentacyjnych gmachów i przestrzeni, co nie wynikało tylko z biedy. Gwałtowny rozwój miasta odbywał się pod zaborami, więc nie myślano o jego reprezentacyjnym charakterze. Zabytki były zaniedbane, brakowało zieleni i parków, panowała ciasnota mieszkaniowa. Sieć ulic była skomplikowana, przez co stolica była nieprzejezdna. Wielu Warszawiaków nie było stać na skorzystanie z miejskich udogodnień: na przejechanie się tramwajem, na wycieczkę do muzeum czy zoo, niektórych nawet na wodę w kranie. Starzyński z tym walczył, obniżył ceny wszystkich miejskich usług.

Jaki jest bilans jego pięcioletnich rządów w Warszawie?

– Zdziałał bardzo wiele. Parę punktów w mieście wypiękniało, przede wszystkim w Śródmieściu, choćby plac Teatralny, gdzie wyremontowano fasady i otoczenie ratusza oraz Teatru Wielkiego. Na Starym Mieście odsłonięto średniowieczne mury. Dosadzono wiele drzew, otwarto parę parków, zorganizowano słynny konkurs „Warszawa w kwiatach i zieleni”, w ramach którego zachęcano instytucje i mieszkańców do ukwiecania balkonów, upiększania ogrodów. To dało dużą optyczną zmianę, szczególnie poza centrum. Śródmieście było już właściwie skończone, a w mozaice prywatnych działek miasto nie mogło już wiele zmienić. Dlatego Starzyński zadbał, by dzielnice, które dopiero się rozwijały na Bielanach, Mokotowie, Grochowie, czy dzielnicę Piłsudskiego na Polu Mokotowskim budowano według spójnych planów i koncepcji urbanistycznych. Dzięki temu przedmieścia wypiękniały. Starzyński mądrze i gospodarnie myślał, nazywał to „produktywizacją”. Miasto nie miało wielu pieniędzy na inwestycje, więc kumulował je w paru miejscach, by zmiana była widoczna. Rzucił się na arterie wylotowe, na Puławską, Grochowską, Marymoncką, Wolską, na te długie ulice wychodzące z miasta, gdzie prywatni właściciele budowali już nowoczesne budynki, a miasto poszerzyło ulice, wyasfaltowało je i zbudowało chodniki, dosadziło drzewa. Na Puławskiej XIX-wieczną kolejkę zastąpiły tramwaje. Starzyński był stanowczy, despotyczny, był pracoholikiem i tego samego wymagał od podwładnych, ale też umiał zarządzać niewielkim budżetem – inwestycje w wylotowe arterie były widoczne i użyteczne dla maksymalnie dużej liczby ludności.

Był mistrzem propagandy, a dziś powiedzielibyśmy, że autopromocji.

– Opozycja zarzucała mu, że zajmuje się głównie propagandą, co było krzywdzące. Ale rzeczywiście rozwinął aparat promocji, współpracę z prasą. Każdego ranka wyznaczony urzędnik referował mu, co napisano w gazetach. Od razu szły sprostowania, propozycje wywiadów, wycieczek dla dziennikarzy. Dbał o stosunki z prasą, a na punkcie swojego wizerunku był wręcz przewrażliwiony, jednemu krytykowi wytoczył proces o zniesławienie. Rozumiał też, jaką siłę oddziaływania mają plany. Zorganizował wystawy „Warszawa przyszłości”, „Warszawa wczoraj, dziś, jutro” i „Dawna Warszawa” o tradycji i historii miasta. Wiedział, że Warszawa współczesna jest trudna do polubienia, więc postawił na opowieść o dawnej i przyszłej Warszawie. „Warszawa wczoraj, dziś, jutro” odbywała się w Muzeum Narodowym, którego budowę ukończył przecież Starzyński, co wzmagało jej wiarygodność – wystawę o przyszłości miasta zorganizowano w gmachu, który był dowodem skuteczności jego władz. Przy tej okazji wyszła drobiazgowość Starzyńskiego, sam oglądał każdy eksponat, dawał szczegółowe uwagi, bo dobrze czuł propagandę, rozumiał wartość słowa. I to działało, ta wystawa ugruntowała legendę Starzyńskiego jako wizjonera i dobrego gospodarza, zbudowała poczucie, że Warszawa byłaby wspaniałym miastem, gdyby nie wojna. Tę wystawę widziało grubo ponad sto tysięcy zwiedzających, więcej niż co dziesiąty mieszkaniec miasta.

Skąd czerpał pomysły na Warszawę? Odwiedzał Nowy Jork, Londyn czy Paryż, czy tam podpatrywał miejskie nowinki?

– Nie ma na to dowodów. Są sprawy, na których znał się dobrze: budżet, kadry, propaganda. Pozostałe zostawiał fachowcom. Tak było m.in. z urbanistyką. Więc w tej wizji Warszawy przyszłości niewiele było samego Starzyńskiego. Natomiast niewątpliwie rozumiał, jak wielka jest wartość planowania. Że jego sensem nie jest snucie wizji, ale spójność, unikanie błędów i niepotrzebnych ruchów. Jak się ma plan, kosztorys i harmonogram, to wszystko da się zrobić taniej i z sensem. To był jego pomysł na miasto, to było tabelaryczne, ekonomiczne, organizacyjne myślenie o mieście lepiej i taniej funkcjonującym. To nie była porywająca wizja, którą gdzieś w świecie podpatrzył.

Historyczne uznanie Starzyńskiemu zapewniła decyzja o tym, że po wybuchu II wojny nie uciekł z rządem do Rumunii, ale został w Warszawie. Został z własnej woli, czy z rozkazu?

– Na początku września 1939 r. przez parę dni nie wiedział, co robić. Był prezydentem miasta, do którego szybko zbliżali się Niemcy; szybciej niż zakładano w najczarniejszych scenariuszach. Kiedy stało się jasne, że rząd będzie się ewakuował, nie wiedział, czy jechać z nim, czy zostać i pilnować miasta. Wokół tego narosło wiele mitów, również dlatego, że w tych burzliwych dniach raczej nie wytwarzano dokumentów, sprawy załatwiano przez telefon, na spotkaniach. Musimy bazować na relacjach i kilka osób twierdziło po wojnie, że Starzyński się zbuntował wobec rządu i marszałka Rydza-Śmigłego, mówił, że „nie będzie tolerował gałganiarstwa” i zostaje w mieście z Warszawiakami, że będzie się bronił do upadłego. Zawsze to wzbudzało moje podejrzenia. To jednak była sytuacja wojenna, aparat cywilny zostaje podporządkowany wojsku, więc decyzja o pozostaniu Starzyńskiego w mieście również powinna wyjść od wojska. Nie mogło być tak, że zbuntował się wobec premiera czy armii, choć niewykluczone, że był zdegustowany tym, jak szybko rząd opuszcza stolicę i widział w tym ruch, który obniży morale. Jest jedno świadectwo, które wskazuje, że generał Sosnkowski, który na dosłownie jeden dzień przejął władzę nad chaotyczną już dość obroną Warszawy, wydał rozkaz Starzyńskiemu, by pozostał w mieście. Nic nie ujmuje jego bohaterstwu to, że miał wątpliwości, że nie była to do końca jego samodzielna decyzja, to wszystko nie zmienia faktu, że doskonale się sprawdził we wrześniu 1939 r.

Na ile na postawę Starzyńskiego wpłynęło to, że wiosną 1939 r. zmarła jego żona?

– Historia długo nie chciała dostrzec, że Starzyński oprócz tego, że był prezydentem i dowódcą cywilnej obrony Warszawy, był też człowiekiem, a emocje odgrywają dużą rolę. Miał o wiele mniej do stracenia niż inni dygnitarze – ani żony, ani dzieci, ani majątku. Mógł się poświęcić misji, pracy, Warszawie. Kiedy wybuchła wojna, był świeżo owdowiały, wiosną stracił żonę Paulinę i według świadków bardzo przeżywał żałobę. Nie miał dzieci. Z czasem nie miał też już domu, bo jego willa na Mokotowie została zajęta przez wojsko i ucierpiała podczas ataku Niemców na miasto, więc jeszcze podczas oblężenia zamieszkał w ratuszu. Miał swoje życie, pracę i Warszawę.

Po kapitulacji miasta i przejęciu władzy przez okupanta Starzyński pozostaje w ratuszu.

– Zamieszkuje tam z nim Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum Narodowego, który w przeciwieństwie do Starzyńskiego świetnie mówił po niemiecku, więc został tłumaczem i najbliższym współpracownikiem prezydenta. Rzuca się w wir pracy. Rozumie, że ratusz może być pomocą dla polskiej ludności, dawać pracę, jedzenie, dach nad głowią, wyrabiać papiery, które zapewnią bezpieczeństwo. Podczas oblężenia, kiedy został w Warszawie z ludźmi, kiedy przemawiał do nich przez radio, dopiero wówczas stał się lubianym prezydentem, o czym mówił m.in. Władysław Bartoszewski. Starzyński nie chciał roztrwonić tego kapitału i obniżyć morale ludności swoją ucieczką.

Kiedy pojawił się kult Starzyńskiego, przekonanie wśród warszawiaków, że był najlepszym prezydentem w dziejach stolicy?

– Starzyński został przedmiotem kultu jeszcze podczas wojny. Na pewno ma to początek we wrześniu 1939, kiedy codziennie przemawia przez radio i podnosi ludzi na duchu. Przestaje być politykiem w dobrze skrojonym garniturze, który przemawia z kartki. Mówi z głowy, często niechlujnie, chrypi, a przez to staje się ludzki i bliższy ludziom. Warszawiacy nawet przynosili mu do ratusza leki na gardło. Aresztowanie wzmaga legendę. Ludzie zastanawiają się, co się stało; krążą plotki, że ktoś gdzieś go widział. Podziemie zamieniło w pewnym momencie tablicę adresową na pl. Teatralnym na plac Starzyńskiego. To wszystko oddolnie budowało jego kult. Tuż po wojnie, jako polityk sanacyjny, Starzyński nie mógł liczyć na oficjalny kult w PRL. Na jakieś 20 lat jego temat znika. Jednocześnie w II połowie lat 50., po końcu stalinizmu i Odwilży, prywatny kult Starzyńskiego może stawać się bardziej widoczny. Zaczyna się akcja budowy jego symbolicznego nagrobka na Powązkach, który został sfinansowany z prywatnych datków. W latach 70., kiedy wchodzi już na scenę pokolenie urodzone po wojnie, rośnie nostalgia za „latami dwudziestymi, latami trzydziestymi” i na tej fali Starzyński wraca. Wkrótce też powstaje jego pomnik w Ogrodzie Saskim, który w XXI wieku został przeniesiony na Saską Kępę, pod szkołę jego imienia. Apogeum tego oficjalnego kultu to lata 90. i dwutysięczne, kiedy Polska przedwojenna jest absolutnie gloryfikowana, kiedy zapomina się jej różne przewiny, przestaje się mówić o biedzie, prześladowaniach politycznych, buntach chłopskich, Berezie Kartuskiej, a przewrót majowy staje się kolejnym wydarzeniem, a nie zamachem stanu. W latach 90. powstaje pomnik Starzyńskiego na pl. Bankowym, który pokazuje go wychodzącego z mapy i ugruntowuje wizerunek wizjonera. Odkąd wybieramy prezydenta miasta w wyborach bezpośrednich, niemal wszyscy kandydaci odwołują się do legendy Starzyńskiego. Jednak również dzięki mojej poprzedniej książce „Sanator” od kilku lat patrzy się na Starzyńskiego nie tylko jak na bohatera, ale także jak na człowieka, na polityka, który też miał na sumieniu różne skandale, który nie zawsze był wzorowym mężem, którym targały różne emocje i wątpliwości.