Zdjęcie: Michał Heller

Połączenie rzeczywistości normalnych ludzi z płynącym pod powierzchnią Styksem generuje mnóstwo komizmu – mówi Jacek Mikołajczyk, reżyser i tłumacz „Beetlejuice’a”. Premiera spektaklu już 13 i 14 września.

Michał Wybieralski: Kiedy wpadłeś na pomysł, by wystawić ten tytuł w Syrenie?

Jacek Mikołajczyk: Kiedy tylko zobaczyłem, że szykuje się taka premiera na Broadwayu! Pomyślałem: dlaczego wcześniej nikt nie wpadł na to, by przerobić film Tima Burtona na musical? Toż to pomysł na wielosezonowy sukces w Nowym Jorku: tytuł jest kultowy, a doza szaleństwa odpowiednia, by stać się kanwą dla pokręconego musicalu. Sam jestem wielkim fanem kina Burtona, w dzieciństwie „Beetlejuice’a” oglądałem kilkanaście razy. Kiedy posłuchałem piosenek z musicalu, byłem już pewien, że ten materiał to diament. Piosenki trafiają w sedno, oddają beetlejuice’owe szaleństwo, a także dodają parę nowych warstw, choćby metateatralne gry z widownią. Miałem już lecieć do Nowego Jorku, by zobaczyć „Beetlejuice’a” na Broadwayu, ale wybuchła pandemia. Zamiast tego przeczytałem libretto. I przepadłem, bo to jedna z najlepszych musicalowych adaptacji filmu, jakie powstały!

Spójrzmy na ten musical z perspektywy widza. Co jest w nim wyjątkowego?

– Magnesem jest przede wszystkim pokręcony świat z wyobraźni Burtona. To połączenie małomiasteczkowej rzeczywistości „normalnych” ludzi z płynącym pod powierzchnią Styksem, pełnym trupów i demonów. One stanowią swoisty hołd dla horrorów klasy B. Horror jest łatwy do zrealizowania w filmie, a w teatrze trudny. To wyzwanie. Musimy skorzystać z wyobraźni oraz szerokiego wachlarza technik: od prostych teatralnych trików, po chwyty iluzjonistyczne. „Beetlejuice” to też świetna komedia. „Normalne” małżeństwo zostaje postawione w zaskakującej sytuacji: para staje się duchami i próbuje się w tym odnaleźć. W dodatku wchodzą w komitywę z tytułowym demonem, by pozbyć się nowych lokatorów z dawnego domu. A Beetlejuice chce wykorzystać całą sytuację, by wrócić do żywych. Taki splot wydarzeń generuje mnóstwo komizmu. Last but not least, magnesem jest postać Lydii, w musicalu jeszcze lepiej zarysowana niż w filmie. Ta nastolatka mierzy się ze śmiercią matki, próbuje się odnaleźć w świecie, walczy z depresją. Widzowie dostrzegą w niej cząstkę siebie.

A teraz perspektywa reżysera i dyrektora teatru. „Beetlejuice” to duża obsada, rozbudowane dekoracje, częste zmiany scenografii, sporo efektów specjalnych… Ta praca to duże wyzwanie?

– To duży tytuł, więc oczywiście jest lekki stres. W Syrenie nie tak często realizujemy musicale o takim rozmachu. Ale dokładnie z tego samego powodu to wielka przygoda. Wyzwaniem było wymyślenie, jak na naszej scenie zbudować kilka odsłon upiornego domu, jak pokazać zaświaty, jak nawiązać do filmowego pierwowzoru, a jednocześnie stworzyć autorską wersję musicalu, bo produkujemy go na licencji non-replica. Wielkie ukłony i podziękowania składam wszystkim twórcom i realizatorom, którzy nasz syreno-burtonowski świat współtworzyli.

„Beetlejuice” zastąpił w repertuarze „Rodzinę Addamsów”, także w twojej reżyserii. Oba musicale łączy filmowo-popkulturowy pierwowzór oraz stylistyka na granicy horroru i komedii. To twój ulubiony gatunek?

– Uwielbiam w nim szaleństwo scenariusza i piosenek, które uruchamia moją wyobraźnię oraz stąpanie po cienkim lodzie w kwestii humoru. W pracy z aktorami tworzymy role z jednej strony „przegięte”, z drugiej – wypełnione prawdziwymi, ludzkimi emocjami. Tak, najbardziej lubię właśnie te pokręcone musicale!

Czas na perspektywę tłumacza: w spektaklu mamy dużo dialogów na muzyce, piosenki są przerywane partiami mówionymi, a do tego jest jeszcze ten gruby humor. Brzmi jak niezłe pole minowe.

– Tymczasem w tłumaczeniu prawie nie używałem wulgaryzmów, starałem się raczej wymyślać nowe przekleństwa, wykorzystując słownictwo zaczerpnięte ze świata spektaklu. Przykład? „Grzebcie się”, zamiast bardziej popularnego określenia. Dawno nie miałem takiej radochy przy tłumaczeniu, rymowanie piosenek na granicy dobrego smaku jest bardzo wdzięczne! Najciekawsze było wypracowywanie języka tytułowego bohatera. Bo Beetlejuice jest obleśny, perwersyjny, jest dziadem, a jednocześnie jakoś uroczym i bardzo charyzmatycznym. Mam nadzieję, że język Beetlejuice’a, który jest wynikiem mojego tłumaczenia i propozycji z prób Macieja Maciejewskiego i Marcina „Sosny” Sosińskiego, da widzom dużo radości.

Na koniec opisz w pięciu przymiotnikach „Beetlejuice’a” w Syrenie.

– Śmieszny, perwersyjny, zabójczy, pojechany-na–maksa oraz wzruszający.

Jacek Mikołajczyk

Jacek Mikołajczyk

Reżyser, tłumacz, teatrolog, dyrektor artystyczny Teatru Syrena. Debiutował w 2015 r. w Gliwickim Teatrze Muzycznym musicalem „Rodzina Addamsów” we własnym tłumaczeniu, za który otrzymał Złotą Maskę w kategorii „Najlepszy reżyser”. Przedstawienie zdobyło też Teatralną Nagrodę Muzyczną im. J. Kiepury w kategorii „Najlepszy spektakl”. W Syrenie wyreżyserował musicale „Czarownice z Eastwick”, „Rodzina Addamsów”, „Next to normal”, „Rock of Ages”, „Bitwa o tron”, „Matylda”, „Czarny Szekspir” i „Beetlejuice”. Jako reżyser współpracował z Operą Nova i Teatrem Kameralnym w Bydgoszczy, Teatrem Muzycznym w Poznaniu, Teatrem Zagłębia w Sosnowcu i Teatrem Rozrywki w Chorzowie. Przetłumaczył liczne musicale, m.in. „SIX” i „Heathers”. W latach 2002–14 kierownik literacki Gliwickiego Teatru Muzycznego. Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim i reżyserii teatru muzycznego na krakowskiej PWST i Akademii Muzycznej. Doktor nauk humanistycznych, autor artykułów o musicalu w książkach i czasopismach w Polsce i za granicą. Pracował jako adiunkt w Instytucie Nauk o Kulturze i Studiów Interdyscyplinarnych UŚ, wykładał na University of Washington w Seattle oraz na Wydziale Artes Liberales UW. Stypendysta Fulbrighta. Wykładowca Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.