
– To, że podejmujemy temat Stefana Starzyńskiego, jest oczywiście związane z naszymi czasami – mówi Konrad Imiela, reżyser i autor scenariusza musicalu „Starzyński”.
Premiera odbędzie się 28 lutego 2026 r. Więcej o spektaklu przeczytasz tutaj [LINK].
Michał Wybieralski (Teatr Syrena): Chcesz, by widzowie przed spektaklem zobaczyli obraz Józefa Mehoffera „Dziwny ogród”. Dlaczego?
Konrad Imiela (reżyser i autor scenariusza): – Jednym z bohaterów musicalu jest Stanisław Lorentz. Niezwykła postać, był dyrektorem Muzeum Narodowego w latach 1935-82, a więc za sanacji, okupacji i PRL. W ostatnich dniach wolności Stefana Starzyńskiego to właśnie Lorentz był jego przyjacielem, powiernikiem, najbliższym współpracownikiem i tłumaczem. Mówił biegle po niemiecku, w przeciwieństwie do prezydenta Warszawy. Lorentz był cały czas za ścianą gabinetu Starzyńskiego, oni właściwie mieszkali w ratuszu. Jaki tryb życia mogli prowadzić w okupowanym mieście, w sytuacji, w której nie mieli już gdzie wracać? Na pewno toczyli wiele rozmów, rozmyślali, wracały do nich wspomnienia. W spektaklu mają pewne przedmioty, które przywołują w ich myślach przedwojenne czasy. Uznałem, że Lorentzowi chwilę wytchnienia dawało oglądanie obrazów. Zacząłem sprawdzać, jakie płótna były w kolekcji muzeum i tak trafiłem na „Dziwny ogród”. Pomyślałem, że to właśnie ten obraz mógł utkwić Lorentzowi w głowie. Mehoffer był symbolistą, namalował sielską scenę, nad którą unosi się ogromna ważka. Sam obraz ma głębię, ale ważka jest dwuwymiarowa, jakby naklejona, przeskalowana. Dla mnie jest symbolem zagrożenia, widmem wojny, znakiem nadchodzącego okupanta i tak wykorzystuję ją w spektaklu. Nie chcę tego obrazu wyświetlać na scenie, więc pokazujemy go wcześniej: na biletach, w programie itd. A najlepiej wybrać się do warszawskiego Muzeum Narodowego i tam go zobaczyć.
Nad nami też unosi się złowroga ważka?
To, że podejmujemy temat Starzyńskiego, jest oczywiście związane z naszymi czasami. Teatr zawsze opowiada o współczesności, nawet jeśli wystawia sztuki z dawnych lat. Współczesną postacią, która pierwsza przychodzi mi do głowy w tym kontekście, jest Wołodymyr Zełenski. Jest paralela między nim, a Starzyńskim. Aktor, który został prezydentem Ukrainy, niespodziewanie musiał się odnaleźć w roli wodza, który zjednoczy Ukraińców, wesprze ich na duchu, zmobilizuje do walki. Zełenski robi to przy pomocy regularnie nagrywanych wypowiedzi w mediach społecznościowych, co się rymuje z radiowymi przemówieniami Starzyńskiego. Mam nadzieję, że dziś ważka nie zwiastuje tego, co zwiastowała w latach 30., że przepędzimy ją znad naszych głów.
Stefan Starzyński to bohater dla teatru?
Kiedy czytałem książkę Grzegorza Piątka „Starzyński. Prezydent z pomnika”, zastanawiałem się, czy to nośny materiał na spektakl. I długo miałem poważne wątpliwości. Bo Starzyński przez większość życia był politykiem, można nawet powiedzieć, że karierowiczem, pnącym się po kolejnych szczeblach nie tylko dzięki pracowitości, ale także dzięki lojalności wobec marszałka Piłsudskiego. Dopiero lektura rozdziałów opowiadających o czasie tuż przed wojną i po jej wybuchu przekonała mnie, że warto o Starzyńskim opowiedzieć, że mam materiał na spektakl. Oto introwertyk, człowiek obcesowy, szorstki w obejściu i relacjach, został postawiony przez historię w roli lidera, wodza. Przed wojną miał problemy z wystąpieniami publicznymi, zawsze czytał z kartki, robił to dość nieudolnie. A dziś uchodzi za charyzmatycznego mówcę! Stało się tak dzięki jego przemowom radiowym, w większości improwizowanym, które miały wielką moc. Okazało się, że postawiony w nowej roli Starzyński sprawdził się znakomicie, czego pewnie nawet on się nie spodziewał. W spektaklu skupiam się na wojennym fragmencie jego losów, a akcję zamykam w ostatniej nocy i o poranku, które spędził w ratuszu przed aresztowaniem przez Gestapo 27 października 1939 r. To było przecież kilka dni przed Zaduszkami. Co Starzyński widział wtedy przez okno, jaka była atmosfera w Warszawie? Ciemność, deszcz, zrujnowane miasto bez prądu, z którego niedawno zabrano tysiące trupów z września 1939. Nie ma czego się złapać, skąd brać nadziei. Świadomość zbliżających się Zaduszek jest istotna w scenariuszu, bo one w polskiej tradycji romantycznej kojarzą się z „Dziadami” Mickiewicza. Dodatkowo przeczytałem, że Starzyński myślał o samobójstwie. Z jego głową mogły się dziać takie rzeczy, że w myślach przychodzili do niego rodzice, żony czy inne osoby z jego życia, które go dręczyły, od których nie mógł się uwolnić. Postanowiłem więc zamknąć akcję spektaklu w tej ostatniej nocy i opowiedzieć o Starzyńskim przez pryzmat jego myśli, wspomnień, halucynacji, w których odbija się całe życie.
Jesteś ze Starachowic, mieszkasz we Wrocławiu. Starzyński funkcjonował w twojej świadomości przez rozpoczęciem tej pracy?
O tyle, że uczyłem się o nim w szkole. Kiedy otrzymałem od dyrekcji Syreny propozycję realizacji tego spektaklu, jednym z argumentów było to, że nie jestem Warszawiakiem. Nie mieszkam tu, więc nie mam sentymentalnego stosunku do tych budynków i ulic. I nie będzie mnie kusiło, by ze sceny opowiadać, jaką ulicę poszerzył Starzyński czy gdzie zbudował szkoły, nie będę się wdawał w varsavianistyczne ciekawostki, inaczej spojrzę na tę postać. Z dystansu, syntetycznie. A przyjrzenie się historii Warszawy z początku II wojny było dla mnie cennym doświadczeniem, może nawet stałem się przez ten spektakl quasi-Warszawiakiem.
Musical kojarzy się z rozrywkową formą, tymczasem opowiadasz o historycznej postać w najtragiczniejszym momencie jej życia. Jak to pogodzić?
Od 20 lat prowadzę jako dyrektor artystyczny Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu. I od początku szukamy tam sposobów, by za pomocą musicalowej formy mówić o rzeczach istotnych. „Starzyński” to przedłużenie tej idei. Szukamy więc innych funkcji dla muzyki, piosenek, czy choreografii, niż tylko pretekst do rozrywki. To wyzwanie artystyczne. Kiedy robimy musical, zawsze stajemy przed fundamentalnym pytaniem: co rodzi muzykę? W tym spektaklu rodzi się ona z głowy naszego bohatera, a głowa ta jest w szczególnym rodzaju wibracji, napędzanej m.in. zbliżającymi się Zaduszkami.
Ale muzyka jest współczesna, nie z epoki Starzyńskiego. Dlaczego?
Bo tę historię opowiadamy dziś i mówimy do współczesnego widza, więc używamy kodów kulturowych, brzmień i instrumentarium, które są dla niego znane i zrozumiałe. Poza tym teatr to skrót, metafora, on nie lubi dosłowności. Natomiast w warstwie muzycznej znajdują się także nawiązania do muzyki międzywojnia.
Po co nam dziś Stefan Starzyński?
Jest coś takiego w nas, Polakach, co karze nam walczyć na przekór wszystkiemu, do końca, do ostatniej kropli krwi. Ten romantyczny wicher, te namiętności dodają nam skrzydeł w trudnych momentach historii, ale często również rzucają na szalę ogromną liczbę ludzkich istnień, by wspomnieć polskie powstania. Gdzieś w głowie siedzi nam ten Konrad z „Dziadów”, romantyczni poeci wciąż sączą nam do ucha frazy o narodzie jak lawa, którego wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi. Dzisiaj, kiedy widmo wojny staje się prawdopodobne, każdemu przechodzą przez głowę pytania „Co bym zrobił, jakbym się zachował, czy poszedłbym walczyć?”. Zastanawiamy się, czy uprawnione jest to, by w obliczu wojny spakować się i wyjechać. A to przecież był podstawowy dylemat Starzyńskiego! Czy ma zostać w Warszawie, czy wyjechać, jak cały rząd i naczelny wódz? Tym spektaklem zwracamy uwagę na te pytania. Bo teatr jest od stawiania pytań, a nie od dawania odpowiedzi.
Opowiedz, jak z Przemysławem Glapińskim budujecie rolę Starzyńskiego i jak upodobniacie ją do tego, co wiemy o prezydencie Warszawy.
Każda rola to wypadkowa wyobraźni reżysera i aktora. W tym przypadku jest i trzeci gracz – autentyczna postać Starzyńskiego. Nie jest to mój pierwszy spektakl o historycznym bohaterze, ten proces zawsze przebiega podobnie: faszerujemy się źródłami – czytamy książki, oglądamy zdjęcia – a potem zamykamy oczy, idziemy spać i w naszej wyobraźni rodzi się bohater. Nie podjąłbym się tej pracy, gdybym nie wiedział, że w tym zespole aktorskim mam Stefana Starzyńskiego. Z Przemkiem znamy się od lat, pracowaliśmy w Capitolu przy „Trzech muszkieterach” w mojej inscenizacji. Wiedziałem, że on ma charakter i rys osobowościowy pokrewny Starzyńskiemu. Choć Przemek jest radosnym człowiekiem, ze wspaniałym poczuciem humoru i akurat w tej pracy muszę te jego cechy nieco zakopywać. Konstruując bohatera, który jest wzorowany na postaci historycznej, musimy dbać o to, by jego cechy i zachowania były prawdopodobne. A czy prawdziwe? Przecież źródła historyczne, opisy świadków czy dzienniki bohatera to też jakaś wizja, interpretacja postaci czy autokreacja. Więc budując naszego Starzyńskiego staramy się, by był prawdopodobny, a jednocześnie tropimy tę postać, szukamy w niej rzeczy nieoczywistych, pęknięć. Jak introwertyk stał się charyzmatycznym mówcą? Może przez medium, czyli radio – niby przemawiał tam do ludzi, ale przecież w studiu był sam. Jakie miał kompleksy, jak wpłynął na niego fakt, że został porzucony przez pierwszą żonę? Teatr jest polem badania tego, jak różne wydarzenia kształtują bohatera. A to badanie jest fascynującą przygodą.
Konrad Imiela – aktor i reżyser od 2002 r. związany z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu, wieloletni dyrektor naczelny i artystyczny tej sceny oraz dyrektor artystyczny Przeglądu Piosenki Aktorskiej w latach 2007-14. Na koncie ma kilkadziesiąt ról teatralnych, telewizyjnych i filmowych, kilkanaście wyreżyserowanych spektakli i dwie solowe płyty.
